Tu jesteś: Strona główna > Zachęć do badań bliskie kobiety I A I A I A

Warszawa, luty 2010

Koniec listopada 2008, dzwoni telefon. Tata: masz chwilę, to pogadamy. Idę. Patrzy na mnie i mówi: mama ma guza w piersi. Ze wstępnych badań wynika, że nie jest dobrze. Czuję wściekłość, bezsilność, bezradność. Płaczę. Kilka miesięcy wcześniej namawiałam ją, prosiłam, żeby poszła na mammografię. USG, mammografia, biopsja. Ta ostatnia wprowadza zamieszanie – nie wynika z niej, że to zmiana podejrzana, w przeciwieństwie do pozostałych badań. Kolejne badania, przygotowanie do operacji. Mama trzyma fason, już wie, że może obudzić się bez piersi. Początek grudnia – operacja. Badania sródoperacyjne guza - wynik: rak. Mama budzi się po operacji, dotyka i płacze. Wie, że nie ma piersi. Po kilku dniach zabieramy ją do domu. Nadchodzą święta Bożego Narodzenia. Wszyscy uczymy się żyć „po nowemu”. Mamy już kompletne wyniki badań – jest pewność, że to rak, wiemy jak będzie wyglądało leczenie.


Styczeń 2009

Rana się zrasta, zostaje blizna. Teraz chemioterapia przeplatana z rehabilitacją. Żyjemy w trybie trzytygodniowym. Co trzy tygodnie kartka z wyznaczonymi badaniami koniecznymi do podania chemii. Mama się śmieje, że jest zdrowa, żeby się truć. Za każdym razem wyniki pozwalają na kolejny wlew. W sumie wlewów dożylnych będzie ponad 20. Decydujemy się na założenie tzw. „portu”, to pozwoli na oszczędzenie żył przy tak dużej ilości wkłuć. Najpierw kurs chemioterapii, potem herceptyna. Równocześnie zastrzyki w brzuch, zapobiegające powstawaniu zakrzepom. Po pierwszych „chemiach” wypadły włosy, brwi, rzęsy. Zeszły paznokcie. Kupujemy perukę.


Jest luty 2010, leczenie herceptyną jeszcze trwa, skończy się w maju 2010. „Wróciliśmy z dalekiej drogi” – to słowa mojego taty. Nauczyliśmy się żyć z chorobą. Mama jest na emeryturze, pielęgnuje ogród, uprawia nordic walking, opiekuje się wnukiem. Żyje. Jest aktywna. Nie poddała się. Walczy nadal. Wierzy w siebie. Wyniki są dobre. Peruki nie nosi od trzech miesięcy, włosy odrosły, brwi i rzęsy też.


Mój tata jest onkologiem, na co dzień styka się z chorobą, bardzo to przeżył. ON siebie nie oszuka, wie jak wygląda chorowanie na raka. Mama pracowała jako rehabilitantka z kobietami po onkologicznych operacjach piersi, do najbliższej pracowni mammograficznej miała około 100 metrów. Raz w życiu zrobiła mammografię. Teraz ma 62 lata. Nie badała się regularnie, a powinna była, co 2 lata wykonać badanie. Ja pracuję przy realizacji Populacyjnego Programu Wczesnego Wykrywania Raka Piersi. Raz w roku wykonuję usg piersi (zalecenia lekarza), mam 35 lat. Kiedyś w ogromnej złości, a właściwie wściekłości, wykrzyczałam mamie, że jest głupia, że się nie badała, że przez to cierpi, że odczuwa ból, że musi brać leki, że sama na własne życzenie „zafundowała” sobie te wszystkie „atrakcje”.


Wyszliśmy na prostą. Mama wspiera koleżanki, sąsiadki, namawia do badań, tłumaczy, że rak to nie wyrok, że bywają gorsze nieszczęścia w życiu, że warto się badać. Warto pokonać strach.


Życzę wszystkim, którzy przeczytali ten list dużo zdrowia i dbałości o siebie i swoich bliskich.


Jak napisał poeta:
„Szlachetne zdrowie,
Nikt się nie dowie,
Jako smakujesz,
Aż się zepsujesz.„

Wszystkiego dobrego,

MC

Strona główna   |   Kontakt

Autorzy: webvariation.com

Ministerstwo Zdrowia logo